Chyba sierpień, a może wrzesień, może, temperatury takie same przecież, Twoje oczy takie same, ciężko stwierdzić. Twoje 74 kilogramy na parapecie, moje 51 w łóżku, dym, Twoje usta, Twój papieros, i moje myśli, że no kurwa, jak to możliwe, że jesteś mój. W tle Simple Man na żywo i nie mogę tego słuchać, nie mogę, bo to mnie roztapia, bo to sprawia, że zakochuje się jeszcze bardziej, jeszcze mocniej, jestem bezradna, bezbronna, naga.
-Nie widziałem wcześniej tego pieprzyka. - uśmiecha się pod nosem, a ja zakrywam biodro, mrugam powiekami, ale nie,
wciąż tam jest, siedzi, pali, uśmiecha się i patrzy, nie zniknął.
Więc leże taka naga, dosłownie i nie tylko, w naszej pościeli, uwielbiam ją, wiesz, to jest ta całkiem biała pościel, która od początku wygląda na używaną, lekko poszarzałą, nie wiem dlaczego tak zwracam na to uwagę, ale uwielbiam ją, ma ten klimat seksu w latach 90, miłości w małych, obdrapanych pokojach. Patrzę na niego, boże, gdyby teraz na mnie spojrzał, to pewnie pomyślałby że zwariowałam, to jest wzrok szaleńca, wzrok socjopaty, psycho fana.
- No dobra, wpuść mnie. - schodzi z parapetu, kładzie dłoń na moim biodrze, opieram głowę na jego klatce piersiowej.Bawi się moimi włosami, równie często bawi się moim sercem, chociaż nie ma o tym pojęcia, chociaż nie robi nic złego, nigdy nie zrobił nic złego, po prostu jestem tak żałośnie zakochana, że boli mnie wszystko, bolą mnie drobiazgi.
Często robi śniadania do łóżka, zawsze kawę, częściej leży i narzeka, jak bardzo nie chcę mu się wstawać, ale najczęściej mówi, że mógłby tak leżeć zawsze i to prawda, też bym mogła. W naszym wypadku łóżko to inna przestrzeń, inne uniwersum, w łóżku przestajemy być wredni i chamscy, przestajemy udawać, ukrywać. W łóżku jesteśmy bezbronni, leżymy, głaszczemy, przytulamy, rozmawiamy, śmiejemy się, planujemy, patrzymy w oczy, rozumiemy.
- Wolę z Tobą rozmawiać niż macać Cię po cyckach. - och hahahahah.
Jest wszystkim i tylko przy nim wiem, kim jestem, a z nim czuję, że jestem najlepsza, że jesteśmy najlepsi, ale tylko my, jako my razem, nigdy jedno z nas osobno, bez siebie jesteśmy niczym, true story. I pewnie to mnie zniszczy i pewnie on mnie zniszczy, a ja zniszczę jego i zniszczymy też to co mamy i to kim byliśmy, reasumując - ogólny rozpierdol, wiem, czuję, mówię Ci. Ale, (nie zaczyna się zdania od ale), ale, ale jednak jest, uśmiecha się i tak na mnie patrzy i ma te pieprzyki i znów jest pijany i wcale nie jest ładny, ale jest wspaniały i ja też jestem pijana, w ogóle za często jesteśmy pijani, stwierdzam, a on się śmieje, NIE NO CO TY, wcale nie, och hahaha i wciąż jest i jesteśmy na imprezie, a on tak bardzo nie potrafi tańczyć, a ja tak bardzo już nie mam siły i tak bardzo chcielibyśmy już jechać do domu i zostać sami i zapomnieć o wszystkim innym oprócz siebie i och Jezu, kurwa, Chryste, (tak, wiem, wiem, nie bluźnij dziecko), ale och Jezu, to jest najwspanialszy związek ever przecież.
-No i ona tam spała z ilomaś tam innymi, ale dalej są razem, bo jej wybaczył. Co szmata. - No kurwa, mimo naszego pojebania jesteśmy najnormalniejszą parą, jaką znam.- tak kurwa, właściwie to tak, nie zdradzamy, nie kłamiemy, chociażby nie wiem jak bolało, ale właściwie to nie ma o czym, nie zatajamy, nie zabraniamy, nie ograniczamy się, ufamy, no kurwa, strasznie często wydaje mi się, że wcale tu nie pasujemy, do reszty, do ich syfu, do ich pogubienia, do robienia przez nich szmat ze związków, to jest takie dziwne, zachowujemy się jak pokolenie naszych dziadków, mimo naszego pojebania, chamstwa i egoizmu, potrafimy grac czysto, jesteśmy najdziwniejszą para, jaka znam.
Właściwie to zawsze pijemy, nie wiem dlaczego, chyba boli nas to wszystko, wszystko wokół, alkohol pomaga.
Siedzimy na jakimś krawężniku, puszki w dłoniach, papierosy w ustach, śmiech, pocałunki, chowanie się przed resztą, no kurwa, znowu idą, no kurwa, no dobra, udawaj, że to nie przeszkadza, no ok. Tyle małych rzeczy, tyle chwil, mrugnięć okiem, pojedynczych zdań, wyrazów, min, gestów, które tylko my pamiętamy, tylko my rozumiemy. Tyle miesięcy razem, a większość z tego czasu funkcjonujemy już prawie na zasadzie małżeństwa, wszystko jedno, wszystko wspólne, wszystko już znane, przyjazne, oswojone, ustabilizowane, strasznie szybko poszło, nie sądzisz ?
- Chyba zaczynam przyzwyczajać się tak naprawdę, chyba już przywiązałem się tak strasznie. - wiem, przecież wiem przecież ja też, przecież jesteś mną.
Leżymy, kurwa, niewygodnie trochę, kamienista ta plaża, ale leżymy, lipiec, zdecydowanie lipiec i obydwoje mamy okulary jak z Las Vegas Parano, jakiś koc, jakieś piwa, jakieś jedzenie, weź niuniu nie jedz i tak dobrze wyglądasz, no kurwa, ale zapalić zawsze mogę, schudnąć też, a Ty wciąż będziesz brzydki; Jezu, nie wiem czy ktokolwiek rozumie nasz bełkot i mój bełkot tutaj w tym momencie, ale no cóż, to jest moje love story, strona 289 i och kurwa to nawet jeszcze nie rok, a ja nie mam jeszcze dwudziestki, ale wiem, już wiem. Wytrzymam wszystko, wiem, że musimy zrobić pewne rzeczy, pozałatwiać sprawy, pokończyć szkoły, zarobić ile trzeba, czasem nie widywać się przez jakiś czas, chodzić w różne miejsca bez siebie. To nic, to nie przeszkadza, rozumiem, wytrzymam, zniosę ile trzeba, bo nie jestem aż tak egoistycznie głupia. Patrzę z innej perspektywy. Nie musisz być codziennie, na każde zawołanie, na każdy kaprys, w każdej chwili kiedy tylko zrobi mi się smutno. Nie. To męczące, niszczące i wypalające się. Nie chce iluś tam miesięcy czy paru lat z Tobą, każdego dnia, po ileś godzin, bez przerwy. Chce przerw, czasu spędzanego osobno, ale z powrotami, ale chcę tego na zawsze.
Chcę życia z Tobą.
poniedziałek, 20 stycznia 2014
niedziela, 8 grudnia 2013
krótko, bez akapitów i na temat, mhm.
Wkurwia mnie to wszystko, i Ty też, wiesz, chociaż Cię kocham, chociaż kocham Cię jak pojebana, ale wkurwia mnie to wiesz, te wszystkie domówki na które musimy chodzić, bo nie wypada odmówić, to, że już wcześniej jesteś pijany, to, że mówisz, że już nie będziesz pił do zgona, a później znowu muszę Cię skądś tam wynosić i no kurwa tak po prawdzie, to wkurwia mnie chyba ta moja miłość do Ciebie, bo wiesz ja Cię kocham zawsze, w każdej chwili, nawet wtedy gdy najebiesz się w barze i muszę jechać po Ciebie mpk'iem i odebrać Cię razem z Twoim samochodem, nie mając przy sobie prawa jazdy i wtedy gdy mówisz mi, że znowu przytyłam i jak jak wyglądam i jak oglądając teledysk, stwierdzasz, że jakaś laska z papierową torbą na głowie, jest Twoim ideałem i nawet wtedy, kiedy hejtujesz moją najlepszą przyjaciółkę i gdy mi nie wierzysz, kiedy Ci mówię, że Cię kocham i gdy śmiejemy się z rzeczy, których inni ludzie nie rozumieją, ej bo kurwa tak po prawdzie, to mało kto nas rozumie i za to, za to, że przy Tobie mogę być sobą, ale tak bardzo sobą, że aż kurwa mogę sama siebie postrzegać jako idiotkę, a Ty wciąż jesteś i wciąż mnie rozumiesz i wszystko i o Chryste, nie mogę przestać dziękować w eter, za to, że Cię mam, że Cię poznałam, no bo kurwa, oni mogą nie rozumieć, ale my, my wiemy, to jest, to jest tak jak powiedziałeś, tak, że Ty jesteś Rosją, a ja jestem Putinem, to jest nie do rozerwania i teraz i teraz, kiedy siedzę tu bez Ciebie, nie wiem, nie umiem, nie potrafię już być tak do końca sobą. Tylko z Tobą wiem, tylko z Tobą tak się czuje. Wiem kim jestem, wiem co robię, wiem kim chcę być i kim będę, znam to, wiem to, byłam tam, z Tobą.
środa, 4 września 2013
powtarzam się, wiem.
No żesz kurwa. Kim jestem ?
Dzizas, kurwa, ja pierdole. 19 lat. Mentalnie koło trzydziestki, mhm.
Słucham dziwnych piosenek Birdy i wzruszam się, wzruszam się, bo taki ze mnie niby chuj, ale jednak romantyczka, ale jednak tak. Och, kurwa, ja nie dam rady, sama już nie wiem czego chcę, ale ok, ale ok, jakoś to będzie, jakoś damy radę, pewnie kurwa, pewnie.
Och, żesz kurwa. Mamo, tato, ja nie chcę. Dorastać, usamodzielniać i inne pierdoły.
Och, mamo, nigdy nie poznałam nikogo, jak on. Och, mamo, nie, nie zwariowałam, kiedy wychodzę i nie ma mnie parę dni, nie, ja się po prostu zakochałam, tylko się zakochałam, och mamo, nawet nie wiesz, jak bardzo, jak, kurwa, bardzo.
Och, kurwa, on tak bardzo ułatwia, tak bardzo ułatwia życie, och, po prostu z nim, to nie boli, nic nie boli, życie nie boli, a ja przestałam robić sobie blizny na dłoniach. Och, och, och, och. Kurwa.
Nawet nie wie. Nawet nie zdaje sobie z tego sprawy.
Ratuje mnie przed szaleństwem, każdego dnia. Och, for fuck sake, nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale żyję dlatego, że on żyje, żyje, bo on. No kurwa.
I gdy tak patrzy na mnie, zawsze kiedy patrzy, ahhhhh i kiedy ja patrzę na niego i och, kurwa przecież on jest mną, jest mną, ma mój mózg, może tylko trochę inny, męski bardziej, mhm.
I patrzy na mnie, tak patrzy na mnie, z tą całą miłością w tych jego miodowych oczach i uśmiecha się, jezu, jak on się uśmiecha i ja wtedy wiem, no Boże, naprawdę wiem, że to on, ale w sumie to jestem ja, ma mój mózg, moje myślenie, moje nałogi, moje odczucia i reakcje, ma moje wszystko, jezu, jest mną i właśnie dlatego ma też mnie, ma mnie tak bezapelacyjne, że och żesz kurwa.
I teraz, teraz, kiedy wszystko się wali, kiedy już nie wiem praktycznie niczego, kiedy uświadomiłam sobie, że jestem dzieckiem, prawie dwudziestoletnim dzieckiem ze swoim pierwszym mieszkaniem i pierwszym samochodem, którym nigdy nawet nie jeździłam, bo praktycznie nie trzeźwieję, że jestem tylko dzieckiem, przed pierwszym rokiem studiów, które nie dadzą mi praktycznie niczego, gdyż jak się można domyślić, żaden ze mnie ścisłowiec, teraz, kiedy to wszystko się zacznie, kiedy będę musiała sama o siebie zadbać, podejmować decyzje, dojrzeć, och kurwa, teraz, tylko on mnie ratuje. I boję się, boję się, bo on jest jedynym pewnikiem, jedyną osobą, dzięki której będę miała na to wszystko siłę, jedyną stałą, w całym tym syfie i kurwa boje się strasznie, że to wszystko prędzej czy później się posypie i boje się, bo staje przed perspektywa bólu tak strasznego, że nawet nie jestem w stanie o nim myśleć.
No bo przecież, jezu, kurwa, jak to będzie bolało. Kurwa, a będzie na pewno. Kurwa.
Dzizas, kurwa, ja pierdole. 19 lat. Mentalnie koło trzydziestki, mhm.
Słucham dziwnych piosenek Birdy i wzruszam się, wzruszam się, bo taki ze mnie niby chuj, ale jednak romantyczka, ale jednak tak. Och, kurwa, ja nie dam rady, sama już nie wiem czego chcę, ale ok, ale ok, jakoś to będzie, jakoś damy radę, pewnie kurwa, pewnie.
Och, żesz kurwa. Mamo, tato, ja nie chcę. Dorastać, usamodzielniać i inne pierdoły.
Och, mamo, nigdy nie poznałam nikogo, jak on. Och, mamo, nie, nie zwariowałam, kiedy wychodzę i nie ma mnie parę dni, nie, ja się po prostu zakochałam, tylko się zakochałam, och mamo, nawet nie wiesz, jak bardzo, jak, kurwa, bardzo.
Och, kurwa, on tak bardzo ułatwia, tak bardzo ułatwia życie, och, po prostu z nim, to nie boli, nic nie boli, życie nie boli, a ja przestałam robić sobie blizny na dłoniach. Och, och, och, och. Kurwa.
Nawet nie wie. Nawet nie zdaje sobie z tego sprawy.
Ratuje mnie przed szaleństwem, każdego dnia. Och, for fuck sake, nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale żyję dlatego, że on żyje, żyje, bo on. No kurwa.
I gdy tak patrzy na mnie, zawsze kiedy patrzy, ahhhhh i kiedy ja patrzę na niego i och, kurwa przecież on jest mną, jest mną, ma mój mózg, może tylko trochę inny, męski bardziej, mhm.
I patrzy na mnie, tak patrzy na mnie, z tą całą miłością w tych jego miodowych oczach i uśmiecha się, jezu, jak on się uśmiecha i ja wtedy wiem, no Boże, naprawdę wiem, że to on, ale w sumie to jestem ja, ma mój mózg, moje myślenie, moje nałogi, moje odczucia i reakcje, ma moje wszystko, jezu, jest mną i właśnie dlatego ma też mnie, ma mnie tak bezapelacyjne, że och żesz kurwa.
I teraz, teraz, kiedy wszystko się wali, kiedy już nie wiem praktycznie niczego, kiedy uświadomiłam sobie, że jestem dzieckiem, prawie dwudziestoletnim dzieckiem ze swoim pierwszym mieszkaniem i pierwszym samochodem, którym nigdy nawet nie jeździłam, bo praktycznie nie trzeźwieję, że jestem tylko dzieckiem, przed pierwszym rokiem studiów, które nie dadzą mi praktycznie niczego, gdyż jak się można domyślić, żaden ze mnie ścisłowiec, teraz, kiedy to wszystko się zacznie, kiedy będę musiała sama o siebie zadbać, podejmować decyzje, dojrzeć, och kurwa, teraz, tylko on mnie ratuje. I boję się, boję się, bo on jest jedynym pewnikiem, jedyną osobą, dzięki której będę miała na to wszystko siłę, jedyną stałą, w całym tym syfie i kurwa boje się strasznie, że to wszystko prędzej czy później się posypie i boje się, bo staje przed perspektywa bólu tak strasznego, że nawet nie jestem w stanie o nim myśleć.
No bo przecież, jezu, kurwa, jak to będzie bolało. Kurwa, a będzie na pewno. Kurwa.
piątek, 23 sierpnia 2013
och.
Jezu, przecież ja zaraz zwariuje, przecież nawet nie wiem co powiedzieć, przecież mam rozdygotane serce i mózg i ciało i wszystko się trzęsie i cała ziemia się trzęsie i wszechświat znów wygląda tak jak wyglądać powinien, bo miłość istnieje i miłość nie przechodzi i to jest tak pewne, jak nic innego, a jego oczy naprawdę z roku na rok są coraz mniej błękitne, coraz bardziej szare, a jego dłonie wciąż wywołują u mnie takie same dreszcze jak na początku, jak 5 lat temu.
I stoję tam, stoję tam, taka rozkochana, ciepła, zapatrzona w Niego i nie mogę oddychać i nawet jego zapach jest wciąż taki sam, a my nic się nie zmieniliśmy, kilkunastoletni starcy, tęskniący tak bardzo, kochający tak bardzo, kurwa, czekający latami na coś, czego jeszcze nie potrafią sobie wyobrazić, przyszłość, przecież jak to, przecież co my zrobimy, jak to zrobimy, da się tak w ogóle ?
Wiem przecież, że to ma być właśnie tak, właśnie z Nim, właśnie On, a świat dyszy mi w kark i szepcze złośliwie prosto w ucho, że spiesz się, zapamiętuj, dotykaj, smakuj, zapamiętuj, zapamiętuj najlepiej jak potrafisz, bo wiesz, że niedługo znów długo, długo nic i nie będzie go, nie będzie, nie będzie i będzie musiało wystarczyć Ci to, co zapamiętasz, to co sobie zapiszesz, to gdzie dotkniesz, jak pocałujesz, co powiedziałaś, co On powiedział, tylko to, na co starczyło czasu. Obraz wypalony w źrenicach, wspomnienie dreszczy, ton głosu, nic poza tym.
Zaciskam pięści tak mocno, że paznokcie ranią dłonie, och pieprz się życie, zapamiętałam, tym razem wiedziałam, tym razem nie miałam złudzeń, zapamiętałam. Ostatni pocałunek tutaj, ostatni uścisk dłoni tam, ostatnie szepty w szyje, ostatni spacer za rękę gdzieś indziej, ostatnie zdjęcie robione po wódce, ostatnie "kocham", ostatni rzut oka przez ramie, ostatni niewyraźny obraz, tamtej nocy.
Ostatnia śmierć, znów w tym samym miejscu i na tyle samo czasu, ostatnia miłość, która boli mnie jak chce i jak dla mnie, jedyna, której nigdy nie będę umiała odmówić.
I stoję tam, stoję tam, taka rozkochana, ciepła, zapatrzona w Niego i nie mogę oddychać i nawet jego zapach jest wciąż taki sam, a my nic się nie zmieniliśmy, kilkunastoletni starcy, tęskniący tak bardzo, kochający tak bardzo, kurwa, czekający latami na coś, czego jeszcze nie potrafią sobie wyobrazić, przyszłość, przecież jak to, przecież co my zrobimy, jak to zrobimy, da się tak w ogóle ?
Wiem przecież, że to ma być właśnie tak, właśnie z Nim, właśnie On, a świat dyszy mi w kark i szepcze złośliwie prosto w ucho, że spiesz się, zapamiętuj, dotykaj, smakuj, zapamiętuj, zapamiętuj najlepiej jak potrafisz, bo wiesz, że niedługo znów długo, długo nic i nie będzie go, nie będzie, nie będzie i będzie musiało wystarczyć Ci to, co zapamiętasz, to co sobie zapiszesz, to gdzie dotkniesz, jak pocałujesz, co powiedziałaś, co On powiedział, tylko to, na co starczyło czasu. Obraz wypalony w źrenicach, wspomnienie dreszczy, ton głosu, nic poza tym.
Zaciskam pięści tak mocno, że paznokcie ranią dłonie, och pieprz się życie, zapamiętałam, tym razem wiedziałam, tym razem nie miałam złudzeń, zapamiętałam. Ostatni pocałunek tutaj, ostatni uścisk dłoni tam, ostatnie szepty w szyje, ostatni spacer za rękę gdzieś indziej, ostatnie zdjęcie robione po wódce, ostatnie "kocham", ostatni rzut oka przez ramie, ostatni niewyraźny obraz, tamtej nocy.
Ostatnia śmierć, znów w tym samym miejscu i na tyle samo czasu, ostatnia miłość, która boli mnie jak chce i jak dla mnie, jedyna, której nigdy nie będę umiała odmówić.
piątek, 5 lipca 2013
że wyznanie ?
I w zasadzie to wszyscy przyjaciele mnie zignorowali i nie wiem w ogóle o czym mogłabym napisać, ale może o nim, może o nim, bo tęsknię za nim praktycznie bez przerwy. Boże jak to śmiesznie brzmi w ogóle "tęsknić z kimś". Co to w ogóle znaczy. Tęsknić. Kochać. Słowa.
Chuj z nimi w sumie. Przyjaciele. Nie. Chuj z nimi. Oni wybrali. Więc o nim. Dobra.
Boże. Ma takie miodowe oczy i czarne włosy. I zarost. Czasem zarost. Dwudniowy. Jakie to śmieszne, że dla mnie wydaje się być piękny.
Boże. Jego oczy. Jego twarz. Jego uśmiech. Jego mimika. Jego ubrania. Nawet jego "różowa" koszulka, którą nosi tak sporadycznie, a z której wciąż tak się śmieję. Och, Boże.
Leży obok mnie, a ja się budzę, otwieram oczy, patrzę na jego ramiona, obojczyki, klatkę piersiową, czuję jego dłoń na biodrze, och kurwa, patrzę na jego twarz, nos, oczy, rzęsy, usta, och, usta, patrzę i nie panuję nad sobą, uśmiecham się jak ostatnia idiotka, mam ochotę się roześmiać, ale to ze szczęścia, wszystko ze szczęścia, wszystko przez niego.
Więc mamy te swoje leniwe poranki, jego ręce na mojej talii, jego ręce na moich plecach. Dotykanie, gładzenie, dotykanie, pieszczenie, tyle ciepła, jak nigdy wcześniej, nigdy, nigdy wcześniej. Jestem niesamowicie niewyspana i niesamowicie szczęśliwa, zagłębiam dłoń w jego włosach i czuję, jak on bawi się moimi, czuję jego oddech na moim czole i wiem, że on czuję mój na swoich obojczykach.
I boże, och, boże, boże, to pierwszy, jedyny, jeden taki facet, którego przeszłość mnie nie obchodzi, mógł być z kim chciał, mógł mieć kogo chciał, och nieważne, to pierwszy mój facet, którego byłe mnie nie bolą. Bo to nieważne. Bo teraz jesteśmy. My. My i nieważne, nieważne wszystko, wszystko, nieważne wszystko, cały wszechświat.
Ma mój umysł, tylko trochę bardziej męski, ale to oczywiste, ma mój mózg i jest jedyną osobą, która poznała mnie, jak nikt inny. Właściwie nawet nie musi się starać. Właściwie to sama łapię się na tym, że opowiadam mu o rzeczach, których nikt o mnie nie wie. O których bałabym się powiedzieć komukolwiek innemu. Właściwie to jest mną. Och, boże, kurwa.
Ale przecież mu tego nie powiem.
Nigdy.
Zostań ze mną. Jesteś wspaniały. Jesteś piękny. Potrzebuję Cię. Jesteś niesamowity. Nigdy nie poznałam nikogo takiego, jak Ty. Bądź mój. Bądź mój zawsze. Nie dam sobie rady, bez Ciebie, nie dam sobie rady, jeśli odejdziesz.
Och, kurwa, po prostu Cię kocham, ze wszystkim, całego Ciebie, każdą Twoją wadę, wszystko to, co dla innych wydaje się być nieznośne, wszystko, wszystko. Kocham Twoje wszystko. Kocham Ciebie, takim jakim jesteś, Nieważne co robisz, nieważne jak się zachowujesz, nieważne czym się staniesz, nieważne. Kocham Ciebie, za Ciebie. Ot, tak. Kocham. Kocham Cię.
Ot, tak.
Głupia ja, naiwna.
Ale to nic. I tak nigdy się o tym nie dowiesz.
Chuj z nimi w sumie. Przyjaciele. Nie. Chuj z nimi. Oni wybrali. Więc o nim. Dobra.
Boże. Ma takie miodowe oczy i czarne włosy. I zarost. Czasem zarost. Dwudniowy. Jakie to śmieszne, że dla mnie wydaje się być piękny.
Boże. Jego oczy. Jego twarz. Jego uśmiech. Jego mimika. Jego ubrania. Nawet jego "różowa" koszulka, którą nosi tak sporadycznie, a z której wciąż tak się śmieję. Och, Boże.
Leży obok mnie, a ja się budzę, otwieram oczy, patrzę na jego ramiona, obojczyki, klatkę piersiową, czuję jego dłoń na biodrze, och kurwa, patrzę na jego twarz, nos, oczy, rzęsy, usta, och, usta, patrzę i nie panuję nad sobą, uśmiecham się jak ostatnia idiotka, mam ochotę się roześmiać, ale to ze szczęścia, wszystko ze szczęścia, wszystko przez niego.
Więc mamy te swoje leniwe poranki, jego ręce na mojej talii, jego ręce na moich plecach. Dotykanie, gładzenie, dotykanie, pieszczenie, tyle ciepła, jak nigdy wcześniej, nigdy, nigdy wcześniej. Jestem niesamowicie niewyspana i niesamowicie szczęśliwa, zagłębiam dłoń w jego włosach i czuję, jak on bawi się moimi, czuję jego oddech na moim czole i wiem, że on czuję mój na swoich obojczykach.
I boże, och, boże, boże, to pierwszy, jedyny, jeden taki facet, którego przeszłość mnie nie obchodzi, mógł być z kim chciał, mógł mieć kogo chciał, och nieważne, to pierwszy mój facet, którego byłe mnie nie bolą. Bo to nieważne. Bo teraz jesteśmy. My. My i nieważne, nieważne wszystko, wszystko, nieważne wszystko, cały wszechświat.
Ma mój umysł, tylko trochę bardziej męski, ale to oczywiste, ma mój mózg i jest jedyną osobą, która poznała mnie, jak nikt inny. Właściwie nawet nie musi się starać. Właściwie to sama łapię się na tym, że opowiadam mu o rzeczach, których nikt o mnie nie wie. O których bałabym się powiedzieć komukolwiek innemu. Właściwie to jest mną. Och, boże, kurwa.
Ale przecież mu tego nie powiem.
Nigdy.
Zostań ze mną. Jesteś wspaniały. Jesteś piękny. Potrzebuję Cię. Jesteś niesamowity. Nigdy nie poznałam nikogo takiego, jak Ty. Bądź mój. Bądź mój zawsze. Nie dam sobie rady, bez Ciebie, nie dam sobie rady, jeśli odejdziesz.
Och, kurwa, po prostu Cię kocham, ze wszystkim, całego Ciebie, każdą Twoją wadę, wszystko to, co dla innych wydaje się być nieznośne, wszystko, wszystko. Kocham Twoje wszystko. Kocham Ciebie, takim jakim jesteś, Nieważne co robisz, nieważne jak się zachowujesz, nieważne czym się staniesz, nieważne. Kocham Ciebie, za Ciebie. Ot, tak. Kocham. Kocham Cię.
Ot, tak.
Głupia ja, naiwna.
Ale to nic. I tak nigdy się o tym nie dowiesz.
poniedziałek, 17 czerwca 2013
kawałki.
Zabij to. No dalej. Przecież, tego nienawidzisz. Życia. Ich. No dalej, zabij. Wypij to. Wypij to wszystko. Wypij wszystko, na co Cię stać. No dalej. Przecież nienawidzisz, nienawidzisz, jego siebie, tego, co do niego czujesz, swojej słabości przez to, że kochasz, tego, że w ogóle kochasz, tego że w ogóle potrafisz kochać, no dalej, przecież nienawidzisz, nienawidzisz siebie, jego, ludzi, nienawidzisz tego, że masz uczucia. Zabij to. Zabij. Zabij, zabij, zabij. Pij, pij, aż nie będziesz myśleć, nie będziesz czuć, nie będziesz pamiętać.
Wszyscy którzy odeszli ? Myślisz, że zdarza im się myśleć o Tobie ? Nie, nie zdarza się. Mają swoje życia, swoje światy, a Ty, Ty, nigdy nie byłaś wystarczająco ważna, żeby Cię nie zostawić, prawda ? Zawsze, zawsze mówili, że jesteś wyjątkowa, że im pomagasz, że coś tam dzięki Tobie, ale nie, ale jednak nigdy wystarczająco ważna. Byłaś substytutem. Wypełnieniem. Zawsze.
Zabij to. Zabij się. Wypij. Weź. Wypij. Zapal. Zrób to.
I co i niby myślałaś, że z nim będzie inaczej ? Myślałaś, że fakt, że myślicie tak samo i że przeszliście przez to samo, wystarczy ? Myślisz, że to on ? Że to on Cię uratuje, ocali, wyleczy z nienawiści do samej siebie ? Otóż nie. No raczej nie.
Spójrz na siebie, mała. Jeszcze tydzień temu dziękowałaś Bogu, chociaż w niego nie wierzysz, dziękowałaś jakiejkolwiek sile wyższej, za to, że go poznałaś, jeszcze tydzień temu myślałaś, że jesteś w stanie kochać ponownie. Ale nie. Kurwa po prostu nie.
I siedzisz tu, siedzisz tu teraz, sama, całkiem sama, pogubiona między przeszłością, tym co jest teraz i tym, na co miałaś nadzieję, że będzie. I siedzisz tu i próbujesz się upić i wypiłaś więcej niż kiedykolwiek, ale wciąż nic Ci nie jest i próbujesz to wyłączyć, zabić to, no dalej, zabij to, nie czuj już niczego, czucie boli, uczucia bolą, bycie człowiekiem, boli.
Możesz go kochać. Możesz myśleć, że jest wspaniały, najważniejszy. Możecie spędzić razem tyle wspaniałych chwil, że aż zacznie Ci się kręcić w głowie, ale nie łudź się. To wszystko, to tak naprawdę nic. To nic nie znaczy. To pożyczka. Na chwilę. Być może na najwspanialsze chwile, w Twoim życiu, ale jednak pożyczka. Nikt nie może być aż tak szczęśliwy na dłuższą metę. Świat nie robi aż takich prezentów. Świat pożycza, nie daje.
Więc zabij to. Zabij uczucia. Zabij, weź, weź, weź, spal, wypij, wstrzyknij, spal, zabij. Zabij. Nienawiść do świata, do ludzi, do siebie. Zabij wszystko.
O wiele łatwiej jest być maszyną. Żyć jak maszyna, Nie czuć. Kiedy nie czujesz, kiedy Ci nie zależy, dostajesz wszystko. No kurwa. Jakkolwiek nie popierdolone by to było, tak właśnie jest. No kurwa.
Więc zabij. Zabij uczucia. Wyłącz się. Wyłącz to. Zapomnij. Zapomnij, zapomnij, zapomnij. Wyłącz. Po prostu się wyłącz. Odpocznij. Chcesz tego przecież. Chcesz. Nakarm demony. Weź, wypij, zapal, weź, wypij, zapal. Nie chcesz jej, nie ma jej, nie ma miłości. Pamiętaj, to zniknie, wszystko zniknie. Świat pożycza. Zapomnij póki możesz, zapomnij, zanim zaczniesz cierpieć. Wyłącz to. Zapomnij. Zrób to.
Wszyscy którzy odeszli ? Myślisz, że zdarza im się myśleć o Tobie ? Nie, nie zdarza się. Mają swoje życia, swoje światy, a Ty, Ty, nigdy nie byłaś wystarczająco ważna, żeby Cię nie zostawić, prawda ? Zawsze, zawsze mówili, że jesteś wyjątkowa, że im pomagasz, że coś tam dzięki Tobie, ale nie, ale jednak nigdy wystarczająco ważna. Byłaś substytutem. Wypełnieniem. Zawsze.
Zabij to. Zabij się. Wypij. Weź. Wypij. Zapal. Zrób to.
I co i niby myślałaś, że z nim będzie inaczej ? Myślałaś, że fakt, że myślicie tak samo i że przeszliście przez to samo, wystarczy ? Myślisz, że to on ? Że to on Cię uratuje, ocali, wyleczy z nienawiści do samej siebie ? Otóż nie. No raczej nie.
Spójrz na siebie, mała. Jeszcze tydzień temu dziękowałaś Bogu, chociaż w niego nie wierzysz, dziękowałaś jakiejkolwiek sile wyższej, za to, że go poznałaś, jeszcze tydzień temu myślałaś, że jesteś w stanie kochać ponownie. Ale nie. Kurwa po prostu nie.
I siedzisz tu, siedzisz tu teraz, sama, całkiem sama, pogubiona między przeszłością, tym co jest teraz i tym, na co miałaś nadzieję, że będzie. I siedzisz tu i próbujesz się upić i wypiłaś więcej niż kiedykolwiek, ale wciąż nic Ci nie jest i próbujesz to wyłączyć, zabić to, no dalej, zabij to, nie czuj już niczego, czucie boli, uczucia bolą, bycie człowiekiem, boli.
Możesz go kochać. Możesz myśleć, że jest wspaniały, najważniejszy. Możecie spędzić razem tyle wspaniałych chwil, że aż zacznie Ci się kręcić w głowie, ale nie łudź się. To wszystko, to tak naprawdę nic. To nic nie znaczy. To pożyczka. Na chwilę. Być może na najwspanialsze chwile, w Twoim życiu, ale jednak pożyczka. Nikt nie może być aż tak szczęśliwy na dłuższą metę. Świat nie robi aż takich prezentów. Świat pożycza, nie daje.
Więc zabij to. Zabij uczucia. Zabij, weź, weź, weź, spal, wypij, wstrzyknij, spal, zabij. Zabij. Nienawiść do świata, do ludzi, do siebie. Zabij wszystko.
O wiele łatwiej jest być maszyną. Żyć jak maszyna, Nie czuć. Kiedy nie czujesz, kiedy Ci nie zależy, dostajesz wszystko. No kurwa. Jakkolwiek nie popierdolone by to było, tak właśnie jest. No kurwa.
Więc zabij. Zabij uczucia. Wyłącz się. Wyłącz to. Zapomnij. Zapomnij, zapomnij, zapomnij. Wyłącz. Po prostu się wyłącz. Odpocznij. Chcesz tego przecież. Chcesz. Nakarm demony. Weź, wypij, zapal, weź, wypij, zapal. Nie chcesz jej, nie ma jej, nie ma miłości. Pamiętaj, to zniknie, wszystko zniknie. Świat pożycza. Zapomnij póki możesz, zapomnij, zanim zaczniesz cierpieć. Wyłącz to. Zapomnij. Zrób to.
piątek, 10 maja 2013
czym ?
A więc jestem. Jestem, już nie taka jak kiedyś, już nie z tymi co dawniej, już nie z tą samą miłością, ale przynajmniej, przynajmniej wciąż mam moje demony.
Jestem, pijana bardziej niż zawsze, pijana częściej niż zawsze, szczęśliwa częściej niż dotychczas.
O, ironio, któż by pomyślał, że tracąc coś najważniejszego, największego, najprawdziwszego, zyskam coś, co będzie uszczęśliwiało mnie bardziej niż wszystko wcześniej razem wzięte ?
Ma czarne włosy i miodowe oczy w sumie, w sumie są brązowe, ale i tak wciąż będę twierdzić, że to barwa miodu, nie przekonasz mnie, uroki zakochania, te sprawy. Napisałam tyle rzeczy na jego temat, że mogłabym wydać książkę, ale żadne słowo, żadne zdanie, ani jedno z nich nie wydaje mi się nawet w kilku procentach odpowiednie, pasujące, oddające cokolwiek, jakąkolwiek część prawdy o nim.
Nie poznaje samej siebie i jest mi z tym dobrze. Może to przez to, że właściwie, to nie wiem już kim jestem, straciłam 50 procent tożsamości po utracie Ciebie i nie wydaje mi się, że chciałabym jeszcze kiedykolwiek być taka jak wtedy. Teraz jestem inna, mądrzejsza jakby, ładniejsza trochę, uczuciowa jeszcze bardziej, szczęśliwsza o wiele, zakochana jak głupia i naprawdę, wolę tą wersję siebie niż tą, którą byłam przez ostatnie kilka lat.
Och, oczywiście, że to nie jest tak, oczywiście, że nie zapomniałam, nie da się zapomnieć 5 lat, nie da się przecież. Poza tym, znasz mnie, mnie, z całą moja maszynerią zbyt mocnego odczuwania, zbyt mocnego przejmowania się, zbyt mocnego kochania. Nie zapomniałam, nie, wciąż pamiętam, pamiętam i kurwa nie mogę, nie mogę zrozumieć tego, jak mogliśmy się skończyć. No jak. Po prostu kurwa no jak. Nie do pojęcia.
Teraz wyjdę na chuja pewnie, ale to nic, zawsze mnie za taką miałeś, więc, to nic, wszystko to nic, więc, zapominam o Tobie gdy widzę jego twarz. Zapominam, bo on, on, och kurwa, on jest mną, reprezentuje wszystko co kocham w ludziach, wszystko co kocham na tym świecie. Potrafi tak jak ja, dostosowując się do naszego pokolenia, do czasów, pozostać w tym wszystkim sobą. Bez udawania, bez gierek, bez masek, bez szczeniackich zachowań. Potrafi rozmawiać ze mną godzinami, kochać się ze mną godzinami, kłócić się ze mną godzinami, ale bez bólu, racjonalnie, śmiesznie, inteligentnie. Boże, rozumie mnie, a ja rozumiem jego. Bez słów.
I może, może rzeczywiście, to wszystko, my, ta nasz miłość, to czym staliśmy się dzięki sobie, może to wszystko po to, żeby przygotować się na kogoś innego? Może poznałam Cię, może kochałam Cię dlatego, żeby teraz, móc być z nim ? Może Ty poznałeś mnie, żeby stać się kim jesteś i poznać kogoś kto zakocha się właśnie w tym kim stałeś się pod wpływem miłości do mnie ? Może rzeczywiście byliśmy przygotowaniem, może, może tak.
Ale, ale mimo wszystko, byłeś moim wszystkim i może przez to wciąż nie umiem przestać pisać o Tobie "Ty", a o innych "on" , byłeś moją największą stratą i najgłębszym szaleństwem, sprawiałeś, że czułam się czymś więcej, niż kośćmi, dupą, cyckami, oczami, makijażem, mięsem. Byłeś.
Och, czym było to wszystko ?
*" Miłość to forma uprzedzenia. Kochasz to, czego potrzebujesz, kochasz to, co poprawia Ci samopoczucie, kochasz to, co jest wygodne. Jak możesz twierdzić, że kochasz jednego człowieka, skoro na świecie jest dziesięć tysięcy ludzi, których kochała byś bardziej gdybyś ich poznała ? Ale nigdy ich nie poznasz. " - Bukowski
Jestem, pijana bardziej niż zawsze, pijana częściej niż zawsze, szczęśliwa częściej niż dotychczas.
O, ironio, któż by pomyślał, że tracąc coś najważniejszego, największego, najprawdziwszego, zyskam coś, co będzie uszczęśliwiało mnie bardziej niż wszystko wcześniej razem wzięte ?
Ma czarne włosy i miodowe oczy w sumie, w sumie są brązowe, ale i tak wciąż będę twierdzić, że to barwa miodu, nie przekonasz mnie, uroki zakochania, te sprawy. Napisałam tyle rzeczy na jego temat, że mogłabym wydać książkę, ale żadne słowo, żadne zdanie, ani jedno z nich nie wydaje mi się nawet w kilku procentach odpowiednie, pasujące, oddające cokolwiek, jakąkolwiek część prawdy o nim.
Nie poznaje samej siebie i jest mi z tym dobrze. Może to przez to, że właściwie, to nie wiem już kim jestem, straciłam 50 procent tożsamości po utracie Ciebie i nie wydaje mi się, że chciałabym jeszcze kiedykolwiek być taka jak wtedy. Teraz jestem inna, mądrzejsza jakby, ładniejsza trochę, uczuciowa jeszcze bardziej, szczęśliwsza o wiele, zakochana jak głupia i naprawdę, wolę tą wersję siebie niż tą, którą byłam przez ostatnie kilka lat.
Och, oczywiście, że to nie jest tak, oczywiście, że nie zapomniałam, nie da się zapomnieć 5 lat, nie da się przecież. Poza tym, znasz mnie, mnie, z całą moja maszynerią zbyt mocnego odczuwania, zbyt mocnego przejmowania się, zbyt mocnego kochania. Nie zapomniałam, nie, wciąż pamiętam, pamiętam i kurwa nie mogę, nie mogę zrozumieć tego, jak mogliśmy się skończyć. No jak. Po prostu kurwa no jak. Nie do pojęcia.
Teraz wyjdę na chuja pewnie, ale to nic, zawsze mnie za taką miałeś, więc, to nic, wszystko to nic, więc, zapominam o Tobie gdy widzę jego twarz. Zapominam, bo on, on, och kurwa, on jest mną, reprezentuje wszystko co kocham w ludziach, wszystko co kocham na tym świecie. Potrafi tak jak ja, dostosowując się do naszego pokolenia, do czasów, pozostać w tym wszystkim sobą. Bez udawania, bez gierek, bez masek, bez szczeniackich zachowań. Potrafi rozmawiać ze mną godzinami, kochać się ze mną godzinami, kłócić się ze mną godzinami, ale bez bólu, racjonalnie, śmiesznie, inteligentnie. Boże, rozumie mnie, a ja rozumiem jego. Bez słów.
I może, może rzeczywiście, to wszystko, my, ta nasz miłość, to czym staliśmy się dzięki sobie, może to wszystko po to, żeby przygotować się na kogoś innego? Może poznałam Cię, może kochałam Cię dlatego, żeby teraz, móc być z nim ? Może Ty poznałeś mnie, żeby stać się kim jesteś i poznać kogoś kto zakocha się właśnie w tym kim stałeś się pod wpływem miłości do mnie ? Może rzeczywiście byliśmy przygotowaniem, może, może tak.
Ale, ale mimo wszystko, byłeś moim wszystkim i może przez to wciąż nie umiem przestać pisać o Tobie "Ty", a o innych "on" , byłeś moją największą stratą i najgłębszym szaleństwem, sprawiałeś, że czułam się czymś więcej, niż kośćmi, dupą, cyckami, oczami, makijażem, mięsem. Byłeś.
Och, czym było to wszystko ?
*" Miłość to forma uprzedzenia. Kochasz to, czego potrzebujesz, kochasz to, co poprawia Ci samopoczucie, kochasz to, co jest wygodne. Jak możesz twierdzić, że kochasz jednego człowieka, skoro na świecie jest dziesięć tysięcy ludzi, których kochała byś bardziej gdybyś ich poznała ? Ale nigdy ich nie poznasz. " - Bukowski
Subskrybuj:
Posty (Atom)